Rozmowa z autorem
Cz.1. Pracowite osiągnięcia
Ryszard Mścisz – Urodził się 2 lipca 1962 r. w Stalowej Woli, ale przez całe życie mieszka i jest związany z miejscowością Jeżowe w powiecie niżańskim. Na co dzień uczy języka polskiego w ponadgimnazjalnym Zespole Szkół w tejże miejscowości. Zdobywca niezliczonej ilości nagród i wyróżnień z czego wymienić możemy np.: „Złote Pióro” i Nagrodę Honorową Zarządu Oddziału ZLP w Rzeszowie. Autor takich tytułów jak np.: „Swojski diabeł i inne humoreski”, „Zezem na świat”, „Czytanie nieobojętne”. Współpracował m.in. Z „Gazetą Jeżowską” oraz z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Fraza”. Od wielu lat należy do Stowarzyszenia Literackiego „Witryna” w Stalowej Woli zaś, od 2004 r. jest członkiem Związku Literatów Polskich — Oddziału w Rzeszowie.
Jak zaczęła się Pana przygoda z poezją?

Później zaczęły powstawać wiersze już nieco bardziej na poważnie. Od
jesieni 1993 roku teksty te ukazywały się w "Gazetach Jeżowskich",
wychodzących najpierw w cyklu miesięcznym, potem dwumiesięcznym. Początki tej
gazety były skromne, pisane na maszynie teksty były naklejane na taką matrycę,
a potem kserowane. W następnych latach dopiero nowsze numery były drukowane w drukarni.
Możliwości jak na tamte czasy nie były nadzwyczajne. Ot, jedna kserokopiarka i
to w dodatku w Urzędzie Gminy. To była iście chałupnicza robota. Ale jednak
jakieś pierwociny zaistniały. Możliwe, że zostałem zainspirowany do pisania za
sprawą popularności tekstów, tworzonego cyklu, który wymuszał kolejne próby
literackie.
Ile Pan miał wtedy
lat?
Byłem w pełni ukształtowaną, świadomą osobą. Miałem już ponad 30 lat. Studia
polonistyczne mają jednak takie oddziaływanie wielowymiarowe. Z jednej strony
człowiek zapoznaje się z literaturą, widzi jak piszą ci najlepsi, z drugiej strony
staje się bardziej samokrytyczny, wstydzi się własnych nieudolnych prób
literackich. Tak więc najpierw trzeba się trochę ośmielić, żeby z tym gdzieś
wyjść dalej, jakoś się objawić twórczo. I właśnie powstanie tej "Gazety Jeżowskiej"
w 1993 roku było pewnym przełomem. W 1994 roku zaistniałem w wydaniu
książkowym, a stalowowolskim almanachu „Spojrzenia 2”. Tam się ukazały moje
pierwsze wiersze.
Nie znaczy to jednak, że skupiłem się jedynie na poezji. Pisałem
zarówno utwory poetyckie, jak teksty satyryczne, teksty publicystyczne, o
lokalnej historii.
Czy w trakcie
studiowania Pana zapał nie gasł?
Studia były wcześniej, zanim pojawiły się te literackie próby. Ale w
tym właśnie czasie podjąłem studia podyplomowe. Chyba w trakcie studiów
polonistycznych nie zacząłem na poważnie pisać. Stało się to kilka lat po
studiach. Moje studia były jeszcze
czteroletnie, kiedy byłem na pierwszym roku ogłoszono stan wojenny. W
takim "skróconym" cyklu wszystko toczyło się szybko i było bardziej
skumulowane. Kiedy otrzymałem tytuł magistra, miałem 23 lata. Moi studenccy koledzy
wszakże już w tamtym czasie debiutowali. Jednym z nich był Janusz Koryl – dziś znany twórca, autor wielu
książek. Ja jednak wówczas takich prób nie podejmowałem. Po studiach i służbie
wojskowej zostałem asystentem-stażystą na WSP w Rzeszowie, ale po roku tę
naukową drogę porzuciłem. Postanowiłem poświęcić się pracy
nauczycielskiej. W roku 1991 objąłem
stanowisko dyrektora Zasadniczej Szkoły Odzieżowej w Jeżowem, ale po dwóch
latach z tej funkcji zrezygnowałem.
Studia podyplomowe w jakiejś mierze połączyły mnie z kwartalnikiem literacko-artystycznym
"Fraza". Chyba w 1995 roku napisałem dla tego pisma recenzję
"Szczuropolaków" Edwarda Redlińskiego. Obecnie jestem stałym współpracownikiem
tego kwartalnika. Od 1998 roku przez blisko dwadzieścia lat piszę do niego
recenzje, napisałem również szkic literacki o poezji Jadwigi Dőrr. W pracy
nauczycielskiej jakoś nie potrafię poprzestać na realizowaniu programu, typowo
lekcyjnej pracy. Od 2002 roku prowadzę gazetkę szkolną "Post
Scriptum", która zdobywała laury ogólnopolskie, pracuję z młodzieżą
uzdolnioną literacko, która niejednokrotnie odnosiła sukcesy w konkursach w
różnych częściach kraju. Jednak jeśli chce się z zaangażowaniem robić pewne
rzeczy, potrzeba na to mnóstwa czasu, którego brakuje na inne sprawy. Wbrew
powszechnej opinii szkoła to nie tylko prowadzenie i przygotowywanie lekcji. Na
ambitnego nauczyciela, chyba szczególnie polonistę, spada również wiele innych
obowiązków, które - też zapewne na przekór podejrzeniom wielu - żadnych
finansowych profitów mu nie dają.
Zawód nauczyciela
wymusza na Was dużą pracowitość. To bardzo dobra cecha.
Tak, nie można spocząć na
laurach, popaść w rutynę czy poddać się jakiemuś wypaleniu zawodowemu. Ta praca
wymaga ciągłego doskonalenia się. Także dlatego, że przychodzą nowi uczniowie, czasem
ambitni, twórczy ze świeżymi pomysłami i innym nastawieniem do świata, życia.
Aby umożliwić im pójście wcześniej obraną drogą potrzeba własnej pracy, nauczenia
się interakcji z coraz bardziej odległymi mentalnie pokoleniami, oprócz samego
motywowania i zachęcania. Pomimo wydawania książek, wielu innych zajęć, to
praca w szkole jest dla mnie najważniejsza. Często jest tak, że nie mam czasu
na pisanie i wydawanie książki, ponieważ praca w szkole mnie nazbyt pochłania. Nigdy
ta praca twórcza nie była i nie jest dla mnie ważniejsza.
Co Pan czuje kiedy
widzi Pan swoich wychowanków już w dorosłym życiu?


Drugi przykład ucznia to również
współpracujący z gazetką szkolną, niegdyś zastępca redaktora naczelnego:
Mateusz Piędel. Zaraz po skończeniu studiów został redaktorem Telewizji Trwam. To
jednak trochę inna działka i inną forma pracy dziennikarskiej (śmiech). W każdym razie przebił się tu jako
jeden z nielicznych, dostał angaż zaraz po ukończeniu studiów, a już w czasie
studiów prowadził program "Westerplatte młodych".
Z jakimi opiniami
spotyka się Pan, kiedy wychowankowie wypowiadają się o Pana publikacjach?
Staram się nie afiszować ze swoimi publikacjami w szkole. Nie promuję
własnej twórczości. Jeżeli uczniowie ją znają, to dzięki temu, że sami chcą do
niej dotrzeć. Wydaje mi się, że tak jest lepiej. Dowiedziałem się o jednej
uczennicy, która pisała pracę licencjacką na temat mojej twórczości. Czasami zdarzało
się, że któryś z moich uczniów zapytał o moją twórczość, chciał się czegoś
dowiedzieć. Ale to rzadkie przypadki. Nawet jak z moim utworami się zetkną, nie
zawsze im ona w pełni odpowiada, jakoś pociąga ich.
Wydaje mi się, że to, iż tworzyłem, bardzo dobrze wpływało na
prowadzenie szkolnej gazetki i pracę z szkolnymi twórcami, którzy w większości byli też
redaktorami gazetki. Uważam, że o wiele bardziej wiarygodny jest taki człowiek,
sam pisze artykuły, tworzy teksty niż ktoś, kto tylko poprawia innych, a sam w
zasadzie swoich możliwości nie ujawnia. Przynajmniej kiedy jest opiekunem
szkolnego pisemka i młodych twórców.

Z czego wynika takie
podejście do wydanej twórczości?
Ja jestem często rozproszony na
wiele różnych działań: tworzę gazetkę szkolą, piszę teksty regionalne o
historii i ludziach związanych z regionem, teksty publicystyczne,
dziennikarskie, wiersze, utwory satyryczne. I robię to niejako "z
doskoku", w czasie skradzionym obowiązkom zawodowym. Dlatego łatwiej jest
mi napisać coś krótkiego, w efekcie jednorazowego "porywu". Trzeba
mieć czas, cierpliwość, działać systematycznie i planowo, żeby napisać coś
dużego: powieść, dłuższe opowiadanie, dramat. Przypuszczam, że zaczynając taki
projekt w jakimś momencie, wskutek braku czasu mógłbym to porzucić i zaprzestać
lub wznowić to po dłuższej przerwie, mając problem, by ponownie "wskoczyć
w te tryby".
To kiedy pan
dokładnie zadebiutował?
Jeśli chodzi o taki debiut
książkowy, samodzielną pozycję wydawniczą, to nie było tak wcześnie - miałem
wtedy 38 lat. Ale mój znajomy prozaik i
poeta Mirosław Osowski ze Stalowej Woli zaczął wydawać książki mając lat 60. Właśnie
w wieku 60. lat wydał powieść "Tomasz". Powieść, którą zresztą recenzowałem,
tak jak większość jego książek. Sprawa wieku debiutu wygląda bardzo różnie. Niespełna
18-letnia dziewczyna. Anita Róg z Porąb Dymarskich, wydała właśnie czwarty
tomik i to obszerny. Bardzo wcześnie, już jako gimnazjalistka zadebiutowała,
wydała pierwszą książkę.
Kim jest Anita Róg?
To mądra, dojrzała dziewczyna.
Pisze od pierwszych klas szkoły podstawowej. Robi to naprawdę nieźle. Jest
konsekwentna, tworzy dużo. To młoda dziewczyna o wszechstronnych zainteresowaniach.
Bardzo zdolna, znakomicie się ucząca. Myślę, że na tle rówieśników jest nieco
osamotniona w tym, co robi, co ją pasjonuje. Warto kogoś takiego promować. Myślę,
że ona nie zarzuci tworzenia, będzie konsekwentnie pomnażać dorobek, rozwijać
się. Ja mam różne doświadczenia ze swoimi uczniami. Ponad połowa z nich to
osoby, które jakoś odkryłem i zainspirowałem do tworzenia. Jednak robili to pod
moją kontrolą, w okresie kiedy chodzili do szkoły. Natomiast potem jakoś nie
widzę, żeby to kontynuowali. Zapewne pojawiły się inne plany życiowe i różne
inne zajmujące ich rzeczy. Może coś stało się dużo ważniejsze od tworzenia. Tylko
niektóre ambitne osoby kontynuują to już samodzielnie.
W jaki sposób
inspiruje Pan swoich uczniów?
Staram się ich zachęcać przede wszystkim nie tylko do czytania i
wypowiadania się na temat lektury, bo to takie dość typowe szkolne zadanie polonisty.
Poprzez gazetkę szkolną odkrywałem te różne ich talenty twórcze - nawet u osób,
które niekonieczne pisały piękne, wysoko oceniane zgodnie z tak zwanym kluczem
wypracowania.
Wcześniej, zanim pojawiła się gazetka "Post Scriptum", kiedy próbowałem wyciągnąć od nich jakiś tekst
czy zachęcić do pokazania jakichś swoich próbek poetyckich czy prozatorskich, nie
bardzo mieli odwagę i chęci pokazania tego. Natomiast do gazetki zaczęli mi się
stopniowo zgłaszać i często wyglądało to tak, że oni zgadzali się dać swój
tekst, ale prosili, żeby ich nie podpisywać, używać jakiegoś pseudonimu. Spełniałem
więc te ich prośby i wychodziło to pod jakimś pseudonimem. Jednak kiedy
okazywało się, że oni zaczynali pracować nad tymi tekstami, pisali coraz
lepiej, stosowali się do moich wskazówek i przychodziły jakieś nagrody, któremuś z kolegów to się podobało, czasem zgadzali się ujawniać, przyznawali się
do swoich tekstów. Jeśli chcieli pracować nad sobą, pisali coraz lepiej.
Czy wielu zdecydowało się tworzyć? Czy było to skomplikowane?
Niestety, ale nie jest to sprawa prosta, nie z każdym łatwo się było porozumieć
w tym względzie. W wiejskiej szkole średniej, która przecież nie jest jakąś tam
placówką elitarną (uczę w małej wiejskiej szkółce, gdzie jest raptem jeden
oddział licealny i przeważają uczniowie przeciętni, często wręcz słabi) tych
talentów nie jest za wiele. Nawet jak pojawiają się dobrzy uczniowie, to
przecież niekoniecznie mają talenty literackiej i są dobre akurat z mojego
przedmiotu. Całe to szlifowanie talentów twórczych odbywa się właściwie poza
trybem lekcyjnym. Na lekcji ci uczniowie się wstydzą i wycofują, po prostu nie
chcą, żebym ich "zaczepiał" na ten temat w czasie lekcji, przy
kolegach. Odbywało się to więc w takich kontaktach pozalekcyjnych, często za pośrednictwem
Facebooka czy poczty e-mailowej. Oni mi przysyłali jakieś teksty, ja im z kolei
przekazywałem pewne uwagi. Następnie przesyłali mi kolejne wersje itd. Starałem
się doprowadzić do tego, aby sami dokonali pewnych poprawek. Wskazywałem im
pewne błędy, ale ja nie poprawiałem za nich tekstów: kazałem im samym je poprawić,
stosując się oczywiście do tych wskazówek. Czasem nawet napisałem przykładowo
wiersz na bazie ich wiersza, żeby pokazać, o co mi chodzi. Tego mojego
przykładu nie mogli jednak wykorzystać. Stopniowo się doskonalili. Naturalnie
ci. którzy nie obrażali się na moje uwagi, przyjmowali je życzliwie i chcieli
pracować nad sobą. Bo były i takie osoby, które chciały jedynie pochwał i
zachwytów. Jeżeli pojawiły się jakieś tam konkretne wskazówki i uwagi, że to
nie jest najlepsze, że w ten sposób nie można, oni się zniechęcali a może i
obrażali.
A jak jest z tą
motywacją?
Jak by się tylko każdego chwaliło,
to człowiek by się nie rozwijał. Wówczas się stoi w miejscu. Oczywiście to też
sprawa indywidualna, różnie można ludzi motywować. Z krytyką też nie można
przesadzać, trzeba pokazywać dobre strony. Czasem jakoś kogoś
"podejść" - na przykład mówiąc: "wiesz, to nie jest zły utwór,
na potrzeby gazetki jest w porządku, ale jak chcesz być jeszcze lepszy, osiągać
jakieś sukcesy, może wydać tomik, to postaraj się pewne rzeczy udoskonalić, coś
powiedzieć ciekawiej, mądrzej, oryginalniej..."
Tak, było wiele przykładów
sukcesu dość spektakularnego. Zdarzały się osoby, które nigdy wcześniej nie
pisały, a po roku czy dwóch pracy z nimi w liceum osiągały sukcesy
ogólnopolskie. Na przykład Paulina Czerepak, która po jakimś czasie dwukrotnie
została laureatką Ogólnopolskiego Przeglądu Twórczości Poetyckiej "Rytmy
nieskończoności" w Warszawie. Wygrywając rywalizację na konkursach w
Warszawie, Sosnowcu czy Słupsku ze dolnymi uczniami z najlepszych szkół: z
Krakowa, Warszawy, Wrocławia itd., mieli poczucie sukcesu i swojej wartości.
Jeśli gazetka w trzecim roku swojego istnienia zaledwie została uznana za
najlepszą w Polsce - zdobyła "Pałuckie Pióro 2005" w Wągrowcu, to jej
redaktorzy poczuli się wyjątkowi, pozbywali się pewnych kompleksów prowincji.
Tym bardziej, że żadna gazetka z tak małej miejscowości nie odniosła podobnego
sukcesu, a w czasie finału stała się taką sensację w odległej części kraju.
A czy była jakaś
śmieszna sytuacja związana z pisaniem?
Nie wiem, czy tak śmieszna, na pewno jednak ciekawa. Wydając gazetkę
(mającą jednak swój wyjątkowy charakter, bo w połowie dziennikarską, w połowie
literacką, czyli odróżniającą się od innych szkolnych pisemek) przeżyliśmy
niemałe zaskoczenie, że już w drugim roku jej istnienia otrzymaliśmy
wyróżnienie na konkursie ogólnopolskim. Był to właśnie konkurs o "Pałuckie
Pióro" w Wągrowcu. Redakcja była bardzo "uniesiona", na fali, dumna,
że jesteśmy w stanie tak wiele osiągnąć: początkująca gazetka z małej
miejscowości i już się przebiła na skalę ogólnopolską. Pojawiły się wielkie
nadzieje związane z następnym rokiem, już w trzecim roku istnienia gazetki. Tym
bardziej, że wszyscy byli przekonani, widzieli, że ona jest coraz lepsza. Czekaliśmy
zatem na wyniki (w poprzednim roku nie -
to było zupełne zaskoczenie wówczas). Jednym z ważnych redaktorów, który
szczególnie się tym interesował, był Krzysztof Kida. Czekamy, a tu wyników nie
ma, nie docierają do nas żadne wieści. Powiedziałem wówczas redakcji: „Trudno,
tym razem się nie udało, w tym roku nas nie zauważyli, widocznie były lepsze
redakcje. Bo skoro termin rozstrzygnięcia konkursu minął, widocznie po prostu
nic nie zdobyliśmy i nas nie zawiadomiono, nie przyszła do szkoły informacja”. Okazało
się, że ten konkurs został rozstrzygnięty z opóźnieniem. I kilka dni później,
kiedy zajrzałem na stronę jego
organizatora, okazało się, że nie tylko nas zauważono. To było w 2005 roku.
Dyrektor dwa razy sprawdzał na stronie czy to pewna wiadomość. Poprzedniego
roku, kiedy zdobyliśmy wyróżnienie, ze względów finansowych nie zdołaliśmy
zorganizować wyjazdu. Jednak w momencie kiedy zdobyliśmy pierwszą nagrodę,
nastąpiła tak wielka mobilizacja, akcja poszukiwania sponsorów wyjazdu, że udało nam się pojechać. Można powiedzieć, że
zrobiliśmy tam furorę, zapanowało wielkie zdziwienie. Dominowały przecież gazetki
z dużych miast, z wieloma osiągnięciami, długim stażem. A tu nagle czytają: „Jeżowe”
– miejscowość, która nikomu nie była znana - tym bardziej na Ziemi Pałuckiej. W
dodatku to wioska, a w kategorii szkół ponadgimnazjalnych nawet wśród
uczestników nie było żadnej innej gazetki wiejskiej.
Czy była jeszcze jakaś
zabawna sytuacja?

Wydaje się, że odbiegłem tu od spraw twórczych ku szkolnym,
belferskim. Ale nie tak do końca. Powstanie gazetki bowiem właściwie zaczęło
moją pracę z uczniami nad ich twórczym rozwojem, ale też w jakiejś mierze
"przymusiło mnie" do tworzenia krótkich form prozatorskich. Pisywałem
bowiem regularnie, pod pseudonimami, krótkie opowiadanka do gazetek, bawiąc się
różnymi formami gatunkowymi, czasami nawet "beletryzując" wydarzenia
z udziałem uczniów, z życia szkolnego. Te opowiastki z humorem złożyły się
później na książkę "Swojski diabeł i inne humoreski", za którą
otrzymałem nawet "Złote Pióro" rzeszowskiego Oddziału ZLP. To była
trochę nagroda szkolna, łącząca się z moją pracą zawodową - tym bardziej, że
wykorzystałem przy moich tekstach uczniowskie rysunki i zaznaczyłem ich
współautorstwo przy tej książce.
Komentarze
Prześlij komentarz